Zieleń mieniła się w tym miejscu
wszystkimi możliwymi odcieniami, pochłaniając boskie światło.
Jednak w pewnym miejscu liście rajskich drzew były w tak gęstym
nadmiarze, że nie przepuszczały żadnego, nawet najmniejszego
promyczka światła, tworząc niezwykle intymny mrok. Ciemność w
tym skrawku Edenu była wręcz namacalna, kryjąc się w intensywnej
woni słodkich kwiatów. W tym właśnie miejscu najbardziej lubiła
spędzać czas na leniwym rozmyślaniu z dala od Adama. Czasami po
prostu kładła się na wilgotną od rosy ziemię, przymykała
powieki i wdychała usilnie powietrze, niemal dławiąc się
konwulsyjnie silną esencją kwiatów wisterii. Dawało jej to wręcz
perwersyjną satysfakcję osiągania rozkoszy samej, w obecności
mroków Edenu. Skrzętnie ukrywała przed swoim małżonkiem to
miejsce. Wiedziała, że zbezcześci je samą swą wiedzą o nim.
Jednak pewnego dnia uciekała przed nim
właśnie w tą stronę. Jeśli wiedziała, że jej wyzwiska i groźby
odbijają się jak groch o ścianę, a spojrzenie domniemanego męża
staje się zamglone oraz pełne żądzy zmieszanej z agresją,
uciekała przed nim. Czy ona w ogóle go kochała? Sama nie potrafiła
sobie odpowiedzieć na to pytanie. Z początku czuła się z nim
bezpieczna i spełniona. Jednak po dalszym poznaniu małżonka coraz
częściej nachodziły ją myśli, żeby po prostu udusić go we
śnie, rozpruć jego brzuch i zjeść jego wątrobę. Była rozdarta.
Z jednej strony czuła wielką sympatię i coś nieokreślonego do
tego człowieka, ale z drugiej strony na każdym kroku czuła się
jak jego zwierzę stadne, niewolnica i dziura na jego nabrzmiałego
członka. Coraz częściej między nimi wybuchało do kłótni,
których każdy miał dosyć. Najczęściej jednak Adam był
zawiedziony jej postawą, stawiał swoje potrzeby ponad wszystko inne
i sądził, że był jej to w stanie wynagrodzić. Czy kobieta jest
tylko przedmiotem w rękach mężczyzny? Czy mężczyzna woli mieć
kobietę w faktycznym tego słowa znaczeniu, czy tylko posiadać?
Pomimo starań czuła jak z każdą najmniejszą cząstką zaczyna go
nienawidzić. Całe jej jestestwo wrzeszczało ogłuszającym rykiem
w nienawistnej pieśni, gdy stawiała kolejne kroki, uciekając
pośród szmaragdowych gęstwin rajskiego przestworu. Mrok wołał ją
do siebie, niczym przerażone dziecko płaczem wzywa matkę. Instynkt
kierował nią, wprost ku mrocznemu punktowi Edenu...
Ulga wstąpiła w jej ciało, wraz z
nowym oddechem. Uklękła na ziemi zdyszana, wbijając paznokcie w
ziemię, po czym wzięła ją do garści, dokładnie delektując się
dotykiem wilgotnej materii, w której znajdowały się inne żywe
stworzenia, których nie była w stanie nazwać. Fascynowała ją
niezwykła płodność ziemi. Po części była z niej zrodzona. Tak
jak wszystko co do tej pory widziała.
- Dlaczego uciekasz, Lilith? -
usłyszała za sobą jego głos i poczuła dłonie obejmujące ją w
talii.- Zostaw mnie w spokoju – wyrwała się z uścisku swego małżonka, wiedząc jak to się zaraz potoczy. Spojrzała w jego oczy pełne wizji. Często przyrównywała go do zwierząt, które nazywał ze względów schematycznych. Ciągle kierował się tylko wokół swoich schematów. Nigdy nie chciał słyszeć o czymś innym. Kiedy jej dotykał, czuła te „tajemnicze” wibracje, żeby instynktownie się poddać. Jednak świadoma swoich pragnień zawsze walczyła, co w konsekwencji i tak stawiało ją w pozycji przegranej. Tak też stało się podczas jej głębokich rozmyślań. Adam miał za nic jej myśli. Nie rozumiał ich, ani w żadnej cząstce nie pojmował.
Nawet tutaj znowu spróbowała się
poddać. Znowu słyszała te same, tanie i dziecinne komplementy
odnośnie swojej urody, będące tak samo płytkie co filozofowanie o
przeznaczeniu geparda i bakłażana. Przez chwilę czuła jak
podniecenie rozlewa się po jej ciele, jednak znowu zostało
zduszone. Adam pchnął ją na plecy, pomimo krzyków i gróźb, dominując w tej chwili
całkowicie. Ciało odczuwało minimalną satysfakcję, jednak ona
nawet ułamka. Coś w niej pękło, kiedy zdała sobie sprawę, że
właśnie on żwawo porusza się w niej, ruszając rozhukany
biodrami, sapiąc i dysząc jak zwierzę, a krople jego śliny
skapywały na jej usta. To obce ciało sprawiało, że poczuła się
mała. Tak mała i godna pogardy, że całe jej jestestwo poczęło
się telepać w drgawkach upokorzone i zgniecione otchłanią
oceanów. Świadomość tego co teraz się działo, była tak silna,
że odczuwała niemal fizyczny ból i ciasnotę.
Była niczym. Po prostu musiała
przyjąć jego nasienie, nie czerpiąc z tego żadnej przyjemności.
To było przeznaczone tylko dla niego. Dla jego przyjemności. Tylko
tyle.
Łzy upokorzenia pojawiły się w jej
szkarłatnie czerwonych oczach. Rozejrzała się ponad dzikim
sapaniem swego męża. Ciemność zniknęła, a jej mokre od płaczu
oczy porażały snopy światła. Zbezczeszczenie. Do cna przekonała
się o znaczeniu tego słowa w tym momencie. Otworzyła usta,
intonując cztery litery, będące sekretnym, niewypowiedzianym
imieniem Boga. Powietrze wibrowało, słysząc imię swego stwórcy,
Adam zatrzymał się, rozszerzył źrenice, nie rozumiejąc słowa
które właśnie usłyszał. Poczuła jak coś zmienia się w jej
mózgu. Coś otwiera nowe drzwi do poznania, coś czego nie potrafiła
opisać ani jednym słowem, które znała. Wielka moc wyrwała się z
ciała Lilith, odpychając Adama w głąb Edenu. Ujrzała zbliżające
się światło i straszliwy znak palący się na niebie. Widziała Go
jak się zbliża. Widziała zbliżającego się Boga.
***
Adam wstał, jak nigdy czując fizyczny
ból. Gdyby nie to, że był nieśmiertelny, obróciłby się w
popiół. Spojrzał na zmącony obraz Edenu. Mroczny punkt raz na
zawsze zniknął, a wraz z nim Lilith. Szukał wiekami każdy
zakamarek, spoglądał za każdym liściem i krzakami. Lilith
zniknęła, a on po raz pierwszy poczuł jej uczucia, miłość oraz
nienawiść. Były tak intensywne, że bolały jak rozjątrzona,
poszarpana przez psy rana. Nie dopuszczał tego do siebie, jednak
wiedział podświadomie, że opuściła go na zawsze i nigdy już do
niego nie wróci.
***
Nawet woda nie była w stanie ukoić
ogromnej senności, jaka opanowywała umysł oraz ciało Sansenoy'a.
Leżąc w lodowatej wodzie, od pół godziny marzył o tym, aby po
prostu zasnąć, jednak miał coś do zrobienia i nie mógł pozwolić
sobie na przerwę. Żeby nie pogrążyć się w sennej hibernacji,
obserwował uważnie każdą kroplę wody, spływającą z jego
nagiego ciała. Kiedy mu się to znudziło, oparł głowę o równie
zimny brzeg brodzika, w którym był zanurzony, spoglądając na
swego młodszego brata jak zawsze wpatrzonego w ogromny, świecący
ekran z setkami nowych informacji. Był niewiele młodszy od niego,
jednak posiadał postać dziecka. Błogi spokój i chwilowe lenistwo,
zakończył Senoy.
- Mamy nowe zadanie – obwieścił
swoim oficjalnym tonem, poprawiając mankiet. Wyglądał na
starszego, elegancko uczesanego mężczyznę. Zmarszczki widocznie
odznaczały się na jego twarzy, a zielone oczy spłowiały, stały
się jaśniejsze od oczu młodszych braci. - Różni się jednak od
tych, które dostawaliśmy.- To znaczy? - wpadł mu w słowo Sansenoy, kierując leniwie oczy w jego stronę.
- Trzeba sprowadzić do raju Lilith – starszy oparł się o blat stołu, na którym pracował mały chłopczyk. Sansenoy nie ukrywał zdziwienia, a Semangelof intensywniej wciskał klawisze na klawiaturze szukając informacji. Sansenoy wyszedł z lodowatej kąpieli, podchodząc do wielkiego ekranu, spoglądając na portret białowłosej kobiety o wielkich, głębokich, czerwonych oczach z dwoma odznaczającymi się kłami spod małych ust.
- Lilith... Niedawno uciekła z Edenu. Żona Pierwszego Człowieka. Potrafi przybrać postać sowy albo białego węża. Porywa i pożera dzieci oraz kontroluje sny osobników płci męskiej. Zdaje mi się, że jest to chyba nowy gatunek żeńskiego demona – streścił Semangelof, dalej przeglądając przeróżne wzmianki i opisy. Był najmłodszy z całej trójki, jednak odznaczał się wielką inteligencją. Często reszta aniołów twierdziła, że trójka rodzeństwa przedstawia siebie samych w różnym wieku, ponieważ pomimo różnic ich postacie miały wspólną cechę – intensywnie, jarzące się zielone oczy oraz ciemne włosy.
- I kogoś takiego mamy sprowadzić do Edenu? - zdziwił się Sansenoy.
- Rozkaz to rozkaz – skwitował najstarszy. - Mamy obowiązek go wykonać.
- Więc jaki jest plan? - spytał Sansenoy, spoglądając równo z bratem na Semangelofa.
***
Po ucieczce z raju Lilith zyskała
ogromną moc. Potrafiła zmieniać swoją formę w zwierzęcą,
dzięki której dostała się na pokrytą słońcem pustynię.
Posiadała szereg zdolności parapsychicznych, nie musiała jeść
żeby zaspokoić głód – wystarczyła jej krew żyjącego
stworzenia. Jej skóra pięknie mieniła się w świetle pustyni,
włosy po ścięciu natychmiast odrastały, a ciało nie miało prawa
się zestarzeć. Nie czuła się nigdy tak spełniona. Po spotkaniu
upadłych aniołów i pierwotnych demonów jeszcze bardziej
utwierdziła się w tym przekonaniu. Spełniła swoje największe
marzenie – stała się pramatką. Niestety nie ludzi, lecz demonów.
Niczym królowa mrówek rodziła setki dzieci. Jeśli jednak chodziło
o jej dzieci, ich przeznaczenie nie było takie jak sobie
zaplanowała...
Leżąc na wznak na gorącym piasku,
wykończona kopulacją, zbierała siły, aby się pożywić. Ciepły
piasek muskał jej plecy, a krople potu pod wpływem gorącego
powietrza znikały w mgnieniu oka. Delikatny cień kilku drzew
dodawał jej otuchy, z każdą godziną sunąc po jej ciele. Z
niepokojem poczuła nagły powiew wiatru. Był zimny, cierpki, wręcz
lodowaty. Niebo zachmurzyło się, kiedy zdała sobie sprawę z
grobowej ciszy jaka zapanowała na pustyni. Żadnych odgłosów
kłótni, hałasów, czy kłapiących szczęk jej gigantycznych
dzieci-potworów. Malutka kropla deszczu spadła na czoło
zaniepokojonej Lilith, a potem następna. Szósta z kolei zmusiła ją
do wstania, by ujrzeć najbardziej zatrważający w jej życiu widok
– popiół. Góra popiołu zalewana deszczem. To właśnie zostało
z jej czterystu rosłych synów. Rozglądała się jakby topiona w
amoku, biorąc w garści szare popioły, błyskawicznie uciekające
spod jej zaciśniętych palców...
- Co... CO ZROBILIŚCIE Z MOIMI
DZIEĆMI ?! - był to raczej gardłowy warkot osoby bez rozumu, niż
ryk skierowany w stronę trzech mężczyzn, stojących tuż przed
nagą i oszalałą ze złości kobietą.- Pozbyliśmy się ich – odpowiedział najstarszy, spoglądając na Lilith z góry spojrzeniem pełnym obrzydzenia i współczucia zarazem. - Wszechmogący chce żebyś wróciła z powrotem do raju.
- Ja...? Do raju...? - wstała na równe nogi i zachłysnęła się powietrzem na samą myśl, kompletnie zapominając o swoim bólu po stracie dzieci. Spojrzała na trójkę obcych gości badawczo. Wydawała się jakby w coraz gorszym amoku – ręce chorobliwie jej się trzęsły, chodziła w tę i z powrotem, a jej źrenice stały się wielkie i szalone. Po minucie wybuchnęła niekontrolowanym, szaleńczym śmiechem, ale czując na sobie powagę tych słów przestała natychmiast.
- Czy on oszalał ? - dodała nie mogąc się powstrzymać, zastawiając się z jakiego powodu Bóg chciałby jej z powrotem. Nagle domyśliła się co lub kto mógł podsunąć ten pomysł.
- On nie jest szalony... - syknął mały chłopczyk, odwracając od niej wzrok. W swoim szaleństwie wydawała mu się wyjątkowo obrzydliwa. - Twój mąż z ziemi i błota tęskni za tobą i chce twojego powrotu.
W odpowiedzi otrzymali jej jeszcze
głośniejszy, złowieszczy śmiech, który rozszedł się echem po
pustyni w akompaniamencie uderzających o ziemię kropli deszczu,
pochłaniających to co jeszcze zostało z jej dzieci. Padła na
kolana, spoglądając w pękającą skorupę zeschniętej ziemi,
łapczywie pochłaniającej każdą kroplę wody, czując bóle
brzucha od salw śmiechu.
- Prędzej zjem jego dzieci, niż
postawię tam swoją stopę – podniosła się spoglądając
łapczywie na trzech aniołów. Pierwszy raz spotkała aniołów
wyglądających tak upiornie. Ich przywódcą zdawał się ten
najstarszy z elegancko zwiniętym czarnym warkoczem i zaczesanymi
włosami, stojący po prawej. W środku uroczy chłopczyk o pięknej
urodzie antychrysta, spoglądał na nią wściekłymi, zielonymi
oczami węża. Z lewej zaś przeszywały ją wręcz fosforyzujące
oczy najprzystojniejszego anioła z całej trójki. Był świeży,
młody i pięknie zbudowany. Aż nazbyt czuła siłę bijącą od
jego osoby.- Wszechmogący przewidział to i kazał nam zabijać codziennie setną część twoich dzieci, jeśli nie zmienisz zdania – słysząc to wpadła w gniew. W gniew tak wielki, że zadrżała ziemia, a deszcz przestał padać. Trójka aniołów patrzyła na kobietę wyczekująco, nie odzywając się słowem. Tylko cisza dzieliła ich od furii matki demonów, która płonęła żywym ogniem w jej ciele. Unosiła się między nimi jak gęstniejące bagno, pochłaniając każdą cząstkę jej rozumu. W pierwszej kolejności z nieludzką szybkością rzuciła się w stronę Semagelofa z zamiarem rozszarpania chłopca na kawałki. Senoy ledwo dojrzał, gdy znalazła się tuż obok ich najmłodszego brata, chwytając jego chudą szyjkę.
- Co...? - warknęła zdziwiona, gdy postać małego chłopca pod wpływem jej dotyku, rozpłynęła się w powietrzu. Zamiast niej poczuła zimny dotyk, starej, pomarszczonej skóry Senoya, który odbierał jej zmysły i zmieniał jej tkanki w lodową bryłę. Gęste, białe włosy Lilith wraz z ozdobami pokryły się szronem. A jej umysł wpadał w stan słodkiego otępienia i depresji. Młoda skóra bledła jak papier i pękała przez zimną dłoń anioła, który bezczelnie przeglądał i grzebał w jej umyśle pełnym wspomnień jak z otwartej księgi.
- Jeśli nie zgodzisz się na powrót, zmusimy cię siłą – usłyszała głos Senoya w lodowatym transie, przypominając sobie podobne słowa, które wypowiedział w jej kierunku Adam... Zaśmiała się szkaradnie, dezorientując swoich przeciwników.
- Nikt... Nie będzie mi mówił co mam robić! - wrzasnęła, pomimo bólu w pękających ranach, rozwarła kły, przywarła do karku Senoya i gwałtownie zaczerpnęła jego nieskończonej energii. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, po czym odepchnęła anioła od siebie zamarzniętą na kość ręką. Krew aniołów smakowała zupełnie jak mleko, pomimo czerwonego koloru. Była czysta do granic możliwości i niezwykle uzdrawiająca. Dodawała spokoju oraz wielkiej siły. Najstarszy anioł zatoczył się osłabiony, a lodowe więzienie i umysłowe otępienie z każdą chwilą ustępowało. Zauważyła, że podziałało to również na pozostałą dwójkę. Wydawali się połączeni ze sobą, co w konsekwencji było ich bardzo słabym punktem. Uwolniona Lilith, drasnęła Senoya swoimi naostrzonymi szponami prosto w twarz, żeby kompletnie się od niej oddalił. Niezdolny do walki upadł, jednak po chwili rozpłynął się w powietrzu... Lilith warknęła, czując, że do pasa jest uwięziona w bryle lodu.
- Potrafię tworzyć bardzo realne złudzenia optyczne. Jednak żeby to zrobić muszę dogłębnie wejść w twoją psychikę, aby stworzyć wrażenia zmysłowe jak dotyk, zapach czy smak – powiedział spokojnym, wyważonym głosem Semangelof, stojąc tuż obok niej razem z Senoyem.
- Tak naprawdę tylko czekaliśmy, aż sama domyślisz się, że straciłaś już narząd, który służył do rozwoju twoich dzieci – usłyszała za swoimi plecami głos Sansenoya, który stał dokładnie tuż za nią, w lewej ręce zaciskając palce, na jej zakrwawionej, wyrwanej i jeszcze bijącej tętnem krwi macicy. Spojrzała z niedowierzaniem na swoje rozszarpane podbrzusze, z wystającymi narządami, za którymi schowany był jej najdroższy skarb. Po krótkiej chwili skąpana we krwi, ochłodzona mżawką, popękana, spalona gorączką słońca ziemia, usłyszała straszliwy krzyk matki demonów...
***
Odzyskała przytomność w lodowym
więzieniu. Była całkowicie otępiała i nie potrafiła sklecić
sensownej odpowiedzi, dlatego trójka aniołów porozumiewała się z
nią telepatycznie. Zamknięta w pustynnej grocie, pod anielską
ochroną, skuta dodatkowo lodem była całkowicie bierna i nie zdolna
do niczego. Ujrzała nad sobą Sansenoya, który przyglądał się
jej bacznie od ponad kilku dni.
- Gdybyś w jakiś sposób
złamała blokady Senoya, mam za zadanie cię pilnować –
usłyszała jego głos, agresywnie wwiercający się w głowę. - Oczywiście, że je złamię – jedyne na co teraz ją było stać, to bezczelny, pełen pychy uśmiech.
- Pochlebiasz mi moja droga – odparł z uśmiechem Senoy, który po dłuższym poznaniu wydawał się posiadać największe poczucie humoru z całej trójki i najmilsze usposobienie.
- Będziecie mnie trzymać tutaj tak długo, aż się nie zgodzę? - wszystkie siły, które zbierała na przekazanie tej myśli ulotniły się z niej jak powietrze z pękniętego balona.
- Dopóki nie otrzymamy zmiany rozkazu, prawdopodobnie tak – westchnęła bezdźwięcznie słysząc to od trójki aniołów, tracąc na chwilę motywację do działania.
- Pij – Sansenoy przystawił do ust Lilith fiolkę z krwią. Chcąc nie chcąc, wypiła łapczywie całą zawartość, odzyskując sprawność psychiczną i odrobinę sił. Była to krew zwierzęcia jednak wystarczyła w zupełności dla regeneracji Lilith. Semagelof uważnie ustalił dawki jakie ma przyjmować. - Masz wrócić do raju żywa, a nie martwa.
***
Tak jak obiecała, w końcu złamała
więżące ją blokady. Przyjmując odpowiednie ilości krwi,
regenerowała siły. Gdy uznała, że ma ich wystarczająco lodowe
więzienie popękało i rozprysło się na kawałki. Chciała się
na nich zemścić, jednak miała na uwadze to, że każdy osobna jest
tak samo niebezpieczny jak ich trójka. Dlatego chciała po prostu im
uciec i skończyć ze sobą. Nie wyobrażała sobie powrotu do raju,
a tym bardziej bycie królikiem doświadczalnym małego Semangelofa.
Doskonale wiedziała o tym, że nie była niepokonana i miała jeden
słaby punkt...
Uciekając samotnie przez wielką
pustynię dotarła aż na jej skraj, podziwiając Morze Czerwone. Nie
rozmyślając ani chwili skierowała się ku wodzie.
Nagle poczuła jak jej włosy się
elektryzują, a pod sobą zauważyła jakieś obce symbole... Potężny
grzmot błyskawicy ogłuszył ją na tyle, że przez długą chwilę
nie pojmowała, że trafił w nią piorun. Upadła w konwulsjach.
Krew Lilith ścięła się jak białko, a ona sama przez moment
wyglądała makabrycznie.
- Naprawdę myślałaś, że
jesteś w stanie przede mną uciec? Nasz trójka została stworzona
tylko ze względu na ciebie. Żaden inny anioł nie nadawał się,
żeby sprowadzić cię z powrotem - usłyszała nad sobą głos
przystojnego Sansenoya, który zdążył złapać ją w locie. Od
początku miała ochotę go zbrukać, jednak patrząc na jego twarz
z tak bliska to była jedyna myśl która teraz kołatała się w
głowie Lilith. - Senoy ma dla ciebie nową...
Urwał słysząc nowe rozkazy. Lilith
nie była w stanie dosłyszeć tych głosów, ponieważ ich
częstotliwość była zbyt wysoka i nie do odczytania przez ludzkie
uszy.
- Wszechmogący ma dla ciebie nową
propozycję, a raczej umowę...
***
Siedzieli we czwórkę w przepięknej
małej oazie pod kilkoma palmami, z urokliwym strumyczkiem. Na
wygodnej tkaninie i wiklinowym miniaturowym stoliku, Lilith czytała
warunki spisane na pożółkłym pergaminie, kłócąc się prawie o
każdy punkt i ustęp. Zniecierpliwiony Semangelof zajadał po
kawałku soczystego melona, żeby nie interweniować w konflikty
słowne, a Sansenoy spróbował tytoniu okolicznych kupców z fajki
wodnej, zmieniając dla zabawy kolor wydychanego dymu. Senoy któremu
sprawiało wyraźną przyjemność wykłócanie się z tą nadmiernie
elokwentną kobietą, tłumaczył jej wszystko po kolei nie dając za
wygraną.
- Dlaczego w takim razie giną
moje dzieci?! - wybuchła, pytając z oburzeniem po raz setny tego
dnia.- Bo masz prawo do dzieci nieślubnych oraz dzieci bez ochrony. Jeśli jednak będziesz próbowała naruszyć ochronę, zjawimy się w trybie natychmiastowym i doprowadzimy cię do porządku – Senoy wskazał jej trzy podpunkty i podkreślony ustęp, drobnym hebrajskim szlaczkiem. - Nie wiem czy wiesz, ale Semagelof zna sposób, żeby cię uziemić. Wiemy, że nie jesteś doskonałym boskim projektem Wszechmogącego i posiadasz pewne... Luki. Jeśli wywiniesz się z tej umowy, nie będziemy już powstrzymywać naszego Sansenoya.
Spojrzała na pergamin oraz trójkę
aniołów rozdrażniona. Doskonale wiedziała o czym mówią. Nie
mogła sobie pozwolić, żeby ktokolwiek dowiedział się o jej
pięcie Achillesowej . Umowa również obejmowała ten warunek.
Tylko trzej aniołowie wiedzieli jak unicestwić matkę demonów i
oczywiście Stwórca. Miała prawo krzywdzić dzieci Adama bez
ochrony anielskiej oraz reszty, niestety co jakiś czas trójca
aniołów zabijała jej własne potomstwo – przynajmniej setkę. W
zamian za to nie musiała wracać do raju, a co najważniejsze była
wolna i mogła robić co jej się żywnie podobało oraz rodzić
kolejne pokolenia demonów. To była cena za jej niezależność.
- Niech wam będzie. Zgadzam się
– odparła po długiej chwili analizowania wszystkich za i
przeciw. Trzej aniołowie wbili w nią swoje jadowito-zielone
spojrzenia pełne powagi, analizując telepatycznie ze sobą coś
jeszcze. Lilith po chwili domyśliła się, że kontrakt trzeba
uiścić czymś jeszcze aby był ważny, a trzej panowie teraz
wybierali, kto ma być gwarantem tej umowy. Do jasnowłosej kobiety
podszedł Sansenoy, przykładając palce lewej dłoni do jej czoła,
przykrywając dłonią nieco jej lewe oko. Lilith ten sam gest
uczyniła prawą dłonią, tak że spoglądali na siebie jednym
okiem. Wolne dłonie złączyli ze sobą, stanowiąc ze sobą
jedność. Strumień skupionej energii wystrzelił z palców obojga,
przyłożonych sobie nawzajem do czoła, tworząc tajemniczy znak.
Poczuła jak coś minimalnie zmienia kolejne połączenia w jej
mózgu. To samo działo się również z Sansenoyem. Miała wrażenie
jakby świat zewnętrzny na chwilę się zatrzymał, chociaż nie
minęło kilka sekund. Następnie spojrzała na zielone oko
przystojnego anioła i ni stąd nie zowąd ogarnął ją paniczny
strach.
- Puść mnie, kobieto. Gdy
dotykam twojego materialnego ciała, zaczynam odczuwać do ciebie
nienawiść – warknął groźnie Sansenoy, na co Lilith posłusznie
wypuściła dłoń anioła, spoglądając na nich z dozą
wątpliwości.
- Przysięga zmieniła połączenia
w twoim mózgu, przez co teraz instynktownie odczuwasz przed nami
strach, zgodnie z jej treścią. Dzięki pieczęci nie będziesz w
stanie przed nami uciec, ani się ukryć. Oczywiście wyczujesz nas
z promienia kilku kilometrów... - odparł mały Semangelof,
spoglądając na Lilith wyraźnie zmieniony. Pieczęć podziałała
na całą ich trójkę. Nigdy by nie przypuszczała, że Stwórca
pozwoli jej odejść. Zastanowiła ją myśl, czy dzięki tej umowie
nie czyha na nią coś jeszcze... Po długiej chwili doszło do
niej, że trójka aniołów, która zmąciła jej życie o trzysta
sześćdziesiąt stopni rozpłynęła się w powietrzu. Musiała
nadrobić stratę swoich ukochanych dzieci i urodzić kolejne.
Niestety nie zanosiło się, żeby był tutaj jakikolwiek osobnik
płci męskiej. Lilith westchnęła, uśmiechając się pod nosem.
Piękny Sansenoy nie zszedł jeszcze z jej myśli, więc wyobrażała
sobie przeróżne przygody z tym apetycznym okazem anioła. Tak po
prostu. Dla własnej przyjemności. Kto teraz jej zabroni ?
